Hiszpan Jorge Lorenzo dołożył Stany Zjednoczone do podbitych przez siebie państw.
Zatknięciem w ziemi flagi z zakreśloną literą „X” oraz napisem „Lorenzo's Land” kierowca Fiat Yamaha Team tradycyjnie świętuje swoje zwycięstwa. Wczoraj Lorenzo wygrał pewnie, kontrolując wyścig prawie od początku z pozycji numer 1.Lorenzo objął prowadzenie po kilku okrążeniach, kiedy to ówczesny lider Dani Pedrosa wyleciał z toru. Potem Hiszpan uciekał przez cały wyścig przed Casey Stonerem. Ostatecznie nie pozostawił Australijczykowi złudzeń przekraczając linię mety z przewagą 3,5 sekundy.
Stoner podobnie jak zwycięzca GP USA jechał przez pół wyścigu samotnie, a jego drugie miejsce było niezagrożone.
Dopiero o trzecią pozycję trwała batalia. Rywalizacja trzech kierowców skończyła się pomyślnie dla Valentino Rossiego i to Włoch mógł świętować zdobycie „najniższego pudła” i to zaledwie 7 tygodni po wypadku.
Za nim uplasowali się Andrea Dovizioso i Nicky Hayden. Do pewnego momentu ładnie jechał Ben Spies, który był w czubie wyścigu. Potem jednak zaczął słabnąć. Potem jeszcze miły dla oka akcent w postaci walki z Haydenem, ale ostatecznie Spies złożył broń i dojechał do mety jako szósty.
Podsumowując: w USA świętował Hiszpan, mimo licznej grupy amerykańskich zawodników. Co ciekawe, Lorenzo był jedynym hiszpańskim kierowcą, który... w ogóle zameldował się na mecie. Oprócz Pedrosy wyścigu nie ukończyli bowiem Hector Barbera, Alvaro Bautista i Aleix Espargaro. Bardzo zadowolony był też Rossi, który mimo przerwy spowodowanej wypadkiem wciąż pokazuje klasę i uświadamia, że w tym sezonie nie złożył jeszcze broni. Ciekawe tylko z jakiego powodu wyścig na torze Laguna Seca zakończył się odegraniem hymnu... Włoch zamiast Hiszpanii?! Fatalna pomyłka czy możemy podejrzewać o czarny PR Valentino „Doktora” Rossiego...?
Tomek "Zimek" Zimiński